każdy ma to na co zasłużył
Wyniki wyszukiwania frazy: każdy ma to na co zasłużył - piosenki. Strona 4 z 24. PetroBlues Piosenka 8 stycznia 2020 roku, godz. 21:27 24,9°C Życie jak futerał
Każdy z nas ma to na co zasłużył Każda z nas - Alicja Szemplińska "Już wiem kim jest ta dziewczyna z lustra Rade sobie da Waleczna, bystra Czeka na nią świat Za łukiem rzeki A to już pół kroku stąd Dziś moje niebo i ziemia Znajomą ma twarz Milion dziewczyn odważnych"
Tłumaczenia w kontekście hasła "zasłużył" z polskiego na włoski od Reverso Context: zasłużył na śmierć Tłumaczenie Context Korektor Synonimy Koniugacja Koniugacja Documents Słownik Collaborative Dictionary Gramatyka Expressio Reverso Corporate
3 views, 0 likes, 0 loves, 0 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from Hemptarianka: Dla każdego coś dobrego, a że każdy dostaje to na co zasłużył, to ja mam pyszną sałatkę warzywną made by my
Wyniki wyszukiwania frazy: każdy ma to na co zasłużył - wiersze. Strona 25 z 666. NIEobliczalna Wiersz 20 maja 2011 roku, godz. 3:17 50,8°C znowu boli .
Single Tanzkurs Mülheim An Der Ruhr. 12 lutego, dzień 712. Wpis 701 zakażeń/zgonów Złoto odkryłem. Na Twitterze zrobiła się zbiórka screenów z pandemii pokazująca najbardziej odjazdowe wpisy i informacje dotyczące obostrzeń. Zrobię z tego cały wpis, bo to warte grzechu jest. By zobaczyć jak odjechaliśmy, kto co mówił, żeby potem nie było, że to takie żarciki były i wszyscy byli za rozsądkiem. Dzięki temu trafiłem na Panią Marię. Kobieta z Wrocławia mojego jest, zasłużona itd. Ale okazało się, że to kowidianka zdeklarowana od samiuśkiego początku. Jak od niej dostałem ochrzan, że moje posty zabijają ludzi, to ze strachu ją zbanowałem. Najpierw nie chciałem, ale wjeżdżała mi na mój wall i śmieciła paniką. A więc straciłem ją z oczu, ale okazało się, że sporo narozrabiała poza moim bąblem. I Pani Maria wróciła. Cytuję jej jeden z epickich wpisów. Dawny – bo coś jakoś ostatnio zamilkła. Zaraz potem cytuję nieporadne próby stylizacyjne (metrum ☹, interpunkcja ☹) kolejnej sanitarnej ekstremistki (Nata Acosta), którą Pani Maria pochwaliła jako wieszcza i niezłą odpowiedź od sprowokowanego foliarza. Pragnę zwrócić uwagę, na perfekcyjne odwzorowanie stylu i metrum w wykonaniu płaskoziemskiego pretendenta – wiadomo, my foliarze to kudy nam do oświeconych, zaszczepionych po wielokroć. A tu proszę – i stylówa w punkt, i metrum się zgadza. Za to treść – wyborna. Wkrótce przegląd przebranych memicznych screenów, ale na dziś statrujemy od Pani Marii: Pani Maria Jak ja mam gołe nogi, a Pan z odległości mniej niż 2 metry sika na mnie, to mam mokre nogi, gdybym miała spodnie, trochę by zatrzymały, ale niewiele, ale gdyby Pan sikał przez spodnie, to ja, obojętnie, czy mam gołe nogi czy w spodniach będę miała je suche. Tak działa maseczka. Nata Acosta Reduta Foliarza Nam szczepić nie kazano Wstąpiłem na działo I spojrzałem na pole 500 trumien stało Ruskiej szurii ciągną się szeregi Prosto długo daleko jako morza brzegi I widziałem ich wodza Przybiegł mieczem skinął Potem w akcie rozpaczy wszystkich poczęstował Cud amantadyną. Maria Wanke-Jerie Rewelacja, zupełnie jak Mickiewicz Kokosław Zbolały Wylewa się ku nam sanitarna rota Długą białą kolumną lekarzy piechota Nasypana strzykawek błyskami jak sępy Z chorągwiami Phizera ślą na śmierć zastępy. Robi się odjazdowo. A może powstanie taki dział – literatura kowidowa? Z działem poezji, beletrystyki i… pamiętnikarskim. To ostatnie koniecznie… 😊 Jerzy Karwelis Wszystkie wpisy na moim blogu „Dziennik zarazy” Continue Reading
Wszystko zaczęło się od białek, które od pewnego czasu misternie były przeze mnie zbierane do zamykanego pudełeczka w zamrażarce. Z każdym zużytym do sosu holenderskiego żółtkiem, przy każdym lemon curd, ilekroć robiłam bajeczny domowy makaron jajeczny - a robię go nader często - białko lądowało w zbiorczym pojemniku. Planowanym finałem dla kosmicznej liczby białek miała być wielka niczym słoń Pavlova, podana na jakiejś tłumnej imprezce, Pavlova miała być tyleż ogromna, co idealna i wszyscy zgromadzeni mieli jęknąć z zachwytu na jej widok... Jakże wielkie było moje zdziwienie, gdy na wpół rozmrożone białka odkryłam dnia któregoś spoczywające na kuchennym, mocno nasłonecznionym blacie... pomyślałam więc o Pavlovej, ale jako, że aktualnie dręczę się dietą nie był to pomysł najlepszy. W ramach ocalenia arsenału białek popełniłam więc całkiem niegroźne beziki, które zamknąć można przecież w szczelnej puszeczce i zapomnieć o ich istnieniu na czas jakiś. Wbrew przypuszczeniom beziki nie dały o sobie zapomnieć, do dziś pozostało ich zaledwie kilka, jednak ja - przysięgam - nie zjadłam ani jednej. Pozostałam obojętna (pozornie acz skutecznie), popijając koktajl z banana i truskawek. Dzieciom serwowałam bajeczny Eton Mess - angielski warstwowy deser z kruszoną bezą, bitą śmietaną i owocami. Coby było im jeszcze przyjemniej, w deserze znalazły swoje miejsce także lody śmietankowe, warstwy następowały naprzemiennie - kruszonej bezy nie należy żałować! Eton Mess jest chwalony, robię go już któryś dzień z rzędu, bezy znikają. Cóż, zaczynam więc znów kolekcjonować białka... składniki na bezę: białka, cukier puder (na 6 białek - 300 g cukru pudru) + truskawki krojone i miksowane, bita śmietana z odrobiną cukru pudru, lody lub w wersji dla nieposiadających białek, lub czasu, lub ochoty na suszenie - gotowe bezy z cukierni Wobec braku wiedzy na temat faktycznej liczby białek ustalenie właściwych proporcji odbywało się na oko. Powyższe proporcje są jednakowoż sprawdzone więc podaję, jeśli ktoś natomiast jest w posiadaniu niepoliczonej liczby białek w zamrażalniku, należy badać konsystencję piany, a robi się to tak: Zaczynamy od ubijania mikserem samej piany bez cukru. Gdy będzie już sztywna, stopniowo dosypujemy cukier puder miksując, aż piana stanie się lśniąca i ciągnąca. Papier do pieczenia smarujemy niewielką ilością oleju, a następnie wykładamy zgrabne kopczyki z piany tworząc u góry zawijas. Wkładamy blachy z kopczykami do piekarnika nagrzanego do 100 stopni, gdzie suszyć się będą przez ok 3 godziny. Po wyjęciu bezików dajemy im ostygnąć na kratce, a potem chowamy do zamkniętego pojemnika. Eton Mess udokumentowałam, polecę za sprawą rekomendacji gości i potomstwa, ze swojej strony mogę za to polecić miksowanego z truskawkami banana :) A Wy? Zasłużyliście sobie na Eton Mess?
„Gazeta Wyborcza” pytała ostatnio „Kim pan jest, panie Plichta”. Ja już sobie wyrobiłem zdanie na ten temat. Marcin Plichta może z pewnością aspirować do miana kłamczucha roku. Mamy dopiero sierpień, ale sądzę, że trudno będzie go pokonać. A szczytowym „osiągnięciem” Plichty będzie ukoronowanie jego wszystkich łgarstw, kiedy ostatecznie okaże się, że w kasie Amber Gold nie ma 80 mln zł na zaspokojenie roszczeń klientów firmy. Jego była wspólniczka mówi w „Wyborczej” o Plichcie tak: „Zakochany tylko w pieniądzach i splendorze, pozbawiony uczuć. Z emocji korzysta tylko po to, by manipulować innymi„. Jeśli ktoś bardzo chce kąpać się w złocie, a jednocześnie nie ma cierpliwości, by dochodzić do tego przez długie lata, to idzie drogą na skróty, z przystankami w areszcie śledczym. Jeśli w dodatku nie ma kapitału, by błędy popełniać na własny koszt, po drodze bezwzględnie wysysa pieniądze z innych ludzi, wystarczająco naiwnych, by dali się nabrać na jego również:Święty spokój kierowcy w dobie wysokiej inflacji? Bezcenny. Jak można (spróbować) ograniczyć koszty eksploatacji samochodu? I ile to kosztuje? [NOWOCZEŚNI MOBILNI]Jest plan na wakacje za granicą? Jest też problem: wysokie ceny i słaby złoty. Dwa sposoby, by nie dać się złapać w sidła kursowe [MOŻNA SPRYTNIEJ]Cyberbezpieczeństwo w bankach: technologie przyszłości. Jak zmieni się świat bankowości? [BANK NOWOŚCI]Plichta, zanim skończy marnie, zorganizuje jeszcze kilka konferencji prasowych, udzieli kilku wywiadów, będzie na kilku okładkach. Zaspokoi swoją próżność na nasz koszt. A po odpokutowaniu za winy Amber Gold i OLT Express otworzy nowy biznes, dokładnie taki sam, jak poprzedni. Tacy ludzie jak Plichta nie uczą się na błędach, zwłaszcza na własnych. Tyle, że sami tego typa stworzyliśmy, utuczyliśmy przez lata i pozwoliliśmy mu stać się bohaterem. Co z tego, że negatywnym? Kiedy zaczynał „karierę” nawet nie mógł marzyć o takim publicity. Dziś w blogu lista płac, czyli wykaz wszystkich tych, którzy przyczynili się do tego, że Marcin Plichta mógł wypłynąć na wody wielkiego biznesu i zyskać zaufanie dziesiątek tysięcy ludzi, ściągając na wielu z nich kłopoty. Po pierwsze i najważniejsze: nasza chciwość. Gdyby nie znalazło się ludzi, którym chciwość odbiera rozum, to Plichta – nawet będąc geniuszem marketingu – nic by nie wskórał. Rozmawiałem niedawno z twórcą parabanku, jednego z tych, które są wpisane na listę ostrzeżeń publicznych KNF. Mówił mi: „niech pan nie wierzy, że ludzie, którzy włożyli do Amber Gold pieniądze, to biedni, nieświadomi ciułacze, którzy pomylili Amber Gold z bankiem PKO BP. Oczywiście, takich też się kilku znalazło. Ale większość osób włożyła tam pieniądze świadomie, licząc na to, że leżąc do góry brzuchem osiągną wysoki zysk„. Średnia wpłata do Amber Gold to kilkanaście tysięcy złotych. Rekordzistka ze Szczecina włożyła zł. Liczyła zapewne, że u Plichty w rok zarobi zł. W banku dostałaby pewnie z zł. Jest różnica, prawda? Można kupić nową furę, pojechać na wycieczkę na Malediwy all inclusive. Takie wizje potrafią ludziom odebrać rozum. Czy ta pani ze Szczecina mogła myśleć, że jej inwestycja jest bezpieczna, gwarantowana przez rząd? Cóż, w zasadzie nie powinna, ale z drugiej strony ona też płaci podatki i miała prawo oczekiwać, że jeśli biznes nie jest uczciwy, to policja z prokuraturą zamkną go w dwa tygodnie.„Subiektywnie” o Amber Gold: w Polsat News oraz TVP Info Po pierwsze (alternatywnie): nasza ignorancja. Każdy, kto ma blade pojęcie o lokowaniu pieniędzy, mniej więcej wie ile można zarobić bez ryzyka. Góra 4-5%, tyle co wynosi inflacja. Wie też, że na rynku obowiązuje zasada: im większy potencjalny zysk, tym większe ryzyko straty. Czy jeśli jakiś facet obiecuje „gwarantowane” 14% w skali roku, to znaczy, że zna jakiś sposób, by taki gwarantowany dochód osiągnąć. Dlaczego banki tyle nie płacą? Czy tylko dlatego, że są chciwe? Plichta mógł naciągać nas na quasi-lokaty, bo przeciętny Polak jest niestety finansowym ignorantem. Nie wie, że trzeba podzielić inwestycje na kilka części. Nie wie, że każdy dochód powyżej 5% z lokaty jest obciążony większym lub mniejszym ryzykiem straty. Nie zna zasady, iż nie wolno inwestować w coś, czego się nie rozumie. Gdyby znał, to w biurze Amber Gold kazałby sobie wytłumaczyć: „panie kochany, co stanie się z moimi pieniędzmi, na jaką 100%-owo pewną inwestycję zostaną przeznaczone?”. Nie potrafią wytłumaczyć? Trudno, nie powinni dostać kasy. Po drugie: nasza naiwność. Nie potrafię od lat zrozumieć dlaczego nie czytamy druków, które podpisujemy. Zwłaszcza, że – do diaska – jest różnica między bankiem, który jest pod ścisłym nadzorem państwa, a prywatną firmą, która może do umowy wpisać cokolwiek. I Amber Gold wpisywał do umów przeróżne rzeczy, od których włos jeży się na głowie. Czytając umowę, regulamin, ogólne warunki depozytów towarowych, można też było ustalić, że nie jest to żadna inwestycja w złoto, a tylko w… przechowywanie złota. I to tak dziwnie zrobiona, że to nie ja płacę firmie za to, że przechowuję złoto w jego skarbcu, ale to ona mi za to płaci. Dziwaczne? To powód, by takiej umowy nie podpisywać. Chyba, że ktoś naiwnie wierzy, że dziwaczna umowa jest dziwaczna zupełnie bez powodu. Po trzecie: pobłażliwość sędziów. Facet przed laty sprzeniewierzył pieniądze ludzi. Może popełnił „błąd młodości”, może coś mu nie wyszło w biznesie. Sąd wydaje wyrok skazujący w zawieszeniu. Ten sam facet popełnia później podobny „błąd młodości”. Znów pieniądze tracą jego kontrahenci, klienci. Sąd… znów wydaje wyrok w zawieszeniu. I tak w kółko. Czy będąc Marcinem Plichtą nie doszlibyście w końcu do wniosku typu „hulaj dusza, piekła nie ma”? Miał nowy pomysł na biznes, może mu się nawet wydawało, że tym razem skończy się on lepiej, niż poprzednio. Może nawet nie miał intencji zrobić nic złego. A skoro sąd już kilka razy machnął ręką na „błędy młodości”, to przecież warto zaryzykować, żeby kąpać się w złocie, zwłaszcza że przecież ryzykuje się nie swoje pieniądze. Po czwarte: lenistwo urzędów rejestrujących firmy. Facet z kilkoma wyrokami za przywłaszczenie cudzego mienia przychodzi założyć firmę pod tytułem Amber Gold, która ma się zajmować tym, czym się potem zajmowała później przez trzy lata – zbieraniem od ludzi pieniędzy i lokowaniem w depozyty towarowe. Prawo mówi, że taki facet nie powinien zasiadać ani w zarządzie, ani w radzie nadzorczej firmy. Ale sędziowie rejestrują bez zmrużenia oka nie tylko Amber Gold, ale i inne firmy, w których Plichta jest wpisany jako prezes zarządu lub szef rady nadzorczej. Pewnie gdyby sąd nie pozwoliłby zarejestrować Plichcie firmy, to ten znalazłby jakiegoś „słupa”, a sam zostałby pełnomocnikiem zarządu (zresztą kiedy „Gazeta Wyborcza” napisała o jednym z jego wyroków tak właśnie zrobił – usunął się w cień). Ale może Plichta miałby przynajmniej jakiś respekt do prawa, jakieś hamulce w prowadzeniu Amber piąte: naiwność organów stanowiących prawo. Czy mieści Wam się w głowie, że facet otwiera biznes finansowy – pal licho, że wcześniej był karany i nie powinien w tym biznesie się udzielać oraz pal licho, że już wcześniej za swoje „błędy młodości” nie znalazł się w jakiejś przyjemnej celi w Rawiczu, tylko dostał w prezencie od wymiaru sprawiedliwości kolejną okazję, by kogoś naciągnąć – po czym uchyla się od obowiązku złożenia sprawozdań finansowych? Plichta rozbroił mnie podczas swojej konferencji prasowej, kiedy tłumaczył, że nie składa sprawozdań, bo „inni też nie składają”. Przecież prowadził działalność zaufania publicznego! W instytucjach prowadzących rejestry firm po upływie terminów złożenia sprawozdania natychmiast powinien zaświecić się alarm. Jak to możliwe, że gość przyjmuje od ludzi pieniądze i nie wiadomo nawet jak wyglądają jego finanse? No, ale w kraju, w którym od kilku lat trwa wielki bój o to, by państwowy nadzór sprawdził finanse dużo potężniejszych SKOK-ów, moje zdziwienie jest ograniczone. Tym niemniej za nieskładanie sprawozdań powinien być Rawicz. Niewykluczone, że tam powitanie Marcina Plichty mogłoby wyglądać tak: Po szóste: nieskuteczność Komisji Nadzoru Finansowego KNF zrobiła najwięcej, by firma Amber Gold nie była bezkarna. Wpisała ją na listę ostrzeżeń publicznych i skierowała sprawę do prokuratury. Ale nadzór szybko przekonał się, że najwięksi tupeciarze z gwiazd na jego liście – wśród nich był prezes Amber Gold – podnoszą sensowne argumenty na poparcie tezy, że lista jest jakimś śmiesznym, przypadkowym spisem firm, o których KNF przeczytał w gazetach, a nie żadnym poważnym przedsięwzięciem. KNF chyba też traktował listę ostrzeżeń publicznych jak wymówkę, dowód na to, że robi coś, by ostrzegać przed firmami typu Amber Gold. Nadzór nie zrobił wiele, by wpis na listę ostrzeżeń publicznych był przez ogół traktowany poważnie. Tymczasem taka lista powinna być efektem solidnego przeczesania całego rynku i analizy działalności każdej z firm z osobna. Na koniec zatwierdzonej przez jakieś szacowne grono. Inaczej nie będzie spełniać swojej roli, pozostając rodzajem wygodnego listka siódme: rozlazłość prokuratury. Nie jestem prawnikiem, nie podejmuję się więc stwierdzić, czy działalność firmy Amber Gold wyczerpuje znamiona wykonywania działalności bankowej bez zezwolenia, zaś depozyty towarowe są „przyjmowaniem środków pieniężnych w celu ich obciążenia ryzykiem„. Ale płacę podatki na sądy i prokuratury, więc powinien tam siedzieć jeden lub drugi spec od finansów, prawa gospodarczego, prawa bankowego i szeroko pojętych finansów, który zleciłby przygotowanie kilku ekspertyz, przeprowadziłby postępowanie wyjaśniające. I albo w tydzień zamknąłby firmę, albo pozwoliłby jej działać, wydając dobrze umotywowane orzeczenie, że nie jest to żaden bank, tylko firma działająca zupełnie inaczej. Takie orzeczenie powinno było trafić na biurka wszystkich innych prokuratorów od spraw gospodarczych, żeby wiedzieli co jest grane. I nie powinno to zajmować trzech lat, ale trzy miesiące. Może Plichta dostał trzy lata w prezencie na rozbujanie firmy, bo prokuratura sprawę zbadała i uznała, że Amber Gold to nie bank? Ale dlaczego teraz jej rzecznik nie wystąpi i nie powie: „naszym zdaniem nie ma tu działania bez licencji bankowej, stwierdziliśmy to już dwa lata temu, oto nasza ekspertyza„.„Subiektywność” o złocie i cwaniakowaniu – rozmowa w TOK FM„Subiektywność” o Amber Gold w Faktach TVN, „Oblicze biznesu”Po ósme: bezczynność Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów. Amber Gold nie oferuje klasycznych depozytów bankowych, nie powinien więc nazywać swoich produktów „lokatami”, bo jest to mylące i sugeruje, że mamy do czynienia z czymś bezpiecznym. Amber Gold oferuje depozyty towarowe, a to zupełnie coś innego. Quasi-lokaty Amber Gold gwarantowały zyski od 10% do 14% w skali roku. Nie ma sposobu, by zagwarantować tak wysokie zyski z inwestycji na rynku surowcowym. Można zagwarantować góra 2-3% w skali roku (korzystając z kontraktów terminowych). Na 14% zarobku można mieć co najwyżej szansę, ale bez żadnej gwarancji. Plichta stworzył na potrzeby Amber Gold „Fundusz Poręczeniowy AG”, który ma sugerować, że „lokaty” w złoto są zabezpieczone jakimś poręczeniem lub ubezpieczeniem do kwoty zł. Właścicielem funduszu poręczeniowego jest jednak Amber Gold (czyli firma poręcza sama za siebie?), zaś jej kapitał to tylko 10 mln zł. Czy więc Amber Gold wprowadzał w błąd konsumentów w swoich reklamach i przekazie marketingowym? Dlaczego przez dwa lata UOKiK, na który wszyscy płacimy podatki, nie wziął tych spraw na warsztat? Niniejszym zamykam listę płac. Sejm, Senat, sądy, prokuratura, nadzór bankowy, urząd ochrony konsumentów i sami konsumenci… A wiecie co jest najgorsze? Że ten Dyzma naszych czasów nie jest ani jakoś specjalnie genialny, ani przesadnie błyskotliwy, nie wzbudza zaufania, na konferencjach prasowych nie robi wrażenia osoby, która wodziła wszystkich za nos ze względu na swoje nadzwyczajne cechy, które trzeba podziwiać i płakać, że zaprzedał je diabłu, by znaleźć się po złej stronie mocy. Plichty nie podziwiamy. On jest po prostu wygadany, robi wokół siebie dużo szumu, wodzi za nos zwykłymi, drobnymi kłamstewkami, zarzucając nas łatwymi do zweryfikowania ,zmyślonymi chyba naprędce historyjkami. Ten facet nie jest nawet przesadnie sprytny, bo nawet kłamać można tak, żeby nie dało się łatwo tych kłamstw zweryfikować. A Plichta, niestety, ściemnia w słabym się od złota, którego podobno jest 100 kg, co pokrywać miało w całości zabezpieczenie depozytów. Potem sam Plichta przyznał, że pokrywają one wkłady klientów tylko częściowo. A my już wcześniej sobie policzyliśmy, że wartość złota to 17-20 mln zł, zaś wkłady klientów sam Plichta podsumował na 80 mln zł. Jeszcze wcześniej była kwestia audytu, który miał być podobno przygotowywany, ale firma wskazana przez Plichtę się tego wyparła. Pamiętacie humbug z rzekomą notatką ABW, o której Plichta mówił, że jest „na 99% prawdziwa”? Nie była. Pamiętacie jak Plichta tłumaczył źródła zarobku Amber Gold? Że firma podobno „zarabia na spridach”. Naprawdę tak powiedział, na „spridach”. ;-). Na spreadach, czyli różnicy między ceną zakupu i sprzedaży złota. Tak, ale tylko w przypadku klientów zrywających umowy. A na czym zarabia w przypadku klientów, którzy umowy nie zerwą? Ostatnio Plichta ogłosił, że jego firma ma kilkadziesiąt milionów złotych w nieruchomościach. Fakty TVN znalazły nieruchomości za kilka milionów. Podobno majątkiem firmy miały być auta za 8 mln zł. Owszem, ale znajomy znajomego dilera samochodowego napisał do mnie mejla z informacją, że Plichta zapłacił tylko za 30% floty wartej właśnie te 8 mln zł. Resztę będzie musiał oddać. Nie tak dawno Plichta chwalił się w wywiadach, że ma klientów. Ostatnio mówił, że a wcześniej miał na myśli wszystkich, którzy przewinęli się przez firmę. No jasne, pewnie dziennikarz źle go zrozumiał. Wiemy też, że banki doniosły do Głównego Inspektora Informacji Finansowej o dziwnych operacjach Amber Gold. Podobno prokuratura i ABW podejrzewają, że pieniądze wpłacane przez klientów, zamiast na zakup złota, szły na zupełnie coś innego. Czyżby na finansowanie OLT Express? Już jakiś czas temu podejrzewałem, że inwestujący w lokaty Amber Gold de facto inwestują w fundusz private equity, działający w branży lotniczej. Jeśli te podejrzenia się potwierdzą, to będziemy mieli ostateczny kres marzeń klientów o odzyskaniu swoich pieniędzy. A scenarzyści zabiorą się za tworzenie filmu „Kariera Nikodema Plichty”„SUBIEKTYWNIE O FINANSACH” OD LAT PISZE O AMBER GOLD. Już we wrześniu 2009 r. w blogu pisałem o firmie Finroyal, działającej podobnie do Amber Gold. W styczniu 2010 r. w blogu pojawił się pierwszy tekst o Amber Gold i produktach lokatopodobnych. I o tym, że ktoś mąci spokój prokuratorom. W kwietniu 2010 r. wołałem, że pośrednikiem finansowym nie może dowodzić człowiek z wyrokiem. Do tematu wróciłem w styczniu 2012 r., kiedy Amber Gold otworzył placówkę pod nosem Komisji Nadzoru Bankowego i Narodowego Banku Polskiego. W marcu alarmowałem, że ludziom wydaje się, iż prywatne pożyczki, zdaniem połowy ciułaczy, są równie bezpieczne co depozyty w bankach. Na początku lipca opisywałem medialny kontratak Amber Gold. I oskarżenia firmy pod adresem KNF. W połowie lipca zająłem się dziwnymi umowami, które Amber Gold spisuje ze swoimi klientami, a z których wynika, że lokata w złoto nie ma nic wspólnego z zarabianiem na złocie. Później zastanawiałem się czy przypadkiem władze nie postanowiły skasować Amber Gold stosując metody zbyt kozackie oraz o cwaniakowaniu prezesa Amber Gold. Pisałem też co musi się stać, żeby prezes Amber Gold zarobił 44 mln zł. Zajawiłem również moje pomysły na to, by tacy goście, jak Marcin Plichta musieli ostrzegać w reklamach, że nie mają nic wspólnego z bankami. Nie mogłem też powstrzymać się przed uwagą, że tacy dżentelmeni, jak Plichta, to często recydywiści. Raz im nie wyszło, ale się nie przejęli. Moją kilkuletnią pracę nad Amber Gold docenił na stronach Artur Kiełbasiński oraz w TVN-owskim programie „Fakty po Faktach” Justyna Pochanke (11. minuta rozmowy z Markiem Borowskim).
Sąd Boży w perspektywie śmierci na kartach Pism i Proroków. Refleksja Mędrców nad rzeczywistością sądu Zagadnienie sądu Bożego podjął w sowich refleksjach Kohelet, który w swej księdze poddał weryfikacji dotychczasową koncepcję retrybucji w ziemskiej perspektywie. Zauważył, że zasada, iż grzesznik już za życia ponosi karę, a sprawiedliwy zażywa w doczesności szczęścia jako nagrody, nie spełnia się (zob. np. Koh 8,9-15). Chociaż Kohelet w swej księdze nie przedstawił jasno wizji życia pośmiertnego, to jednak w Koh 3,11 pojawia się enigmatyczna fraza: gam ̓eṯ-hā‘ōlām nāṯan bəlibām, którą cześć egzegetów, idąc za interpretacją Ojców Kościoła, tłumaczą jako: „nawet [pragnienie] wieczności („desiderium aeternitatis”) Bóg złożył w ich sercach”. W tym kontekście wzmiankowany przez Koheleta sąd można odnieść do życia pośmiertnego. Analizując tekst Księgi Koheleta, można zauważyć, że wielokrotnie Mędrzec ten podejmował temat sądu. Stwierdził wymownie: „Na każdą bowiem sprawę jest czas i sąd” (Koh 8, Każda zatem sprawa bez wyjątku – jak zaznaczył Kohelet – zostanie osądzona w stosownym czasie. Stąd też udzielając rady młodzieńcowi, Mędrzec przypomniał mu: „Ciesz się, młodzieńcze, w młodości swojej, a serce twoje niech się rozwesela za dni młodości twojej. I chodź drogami serca swego i za tym, co oczy twe pociąga; lecz wiedz, że z tego wszystkiego będzie cię sądził Bóg!” (Koh 11,9). Jak pouczał Kohelet, po pierwsze Bóg będzie sądził ze wszystkiego: sądowi podda każdą sprawę, choćby była nawet ukryta, po drugie – temu sądowi wszyscy będą poddani, zarówno sprawiedliwi, jak i grzesznicy: „Bóg bowiem każdą sprawę wezwie na sąd, wszystko, choć ukryte: czy dobre było, czy złe” (Koh 12,14). „Zarówno sprawiedliwego jak i bezbożnego będzie sądził Bóg: na każdą bowiem sprawę i na każdy czyn jest czas wyznaczony” (Koh 3,17). Kohelet, chociaż stwierdził, że „na każdą sprawę jest czas sądu”, nie wskazał konkretnego momentu, w którym miałby się ten sąd odbyć. Wśród egzegetów istnieje przekonanie, że Kohelet, poddając krytyce zasadę retrybucji zredukowanej do prostej reguły: dobrym powodzi się zawsze dobrze, a złym zawsze źle, odrzucał jednocześnie ideę sądu Bożego jako bezpośredniego Bożego działania, które skutki czynu sprowadza na jego sprawcę (= skutki grzechu na grzesznika; skutki dobrego działania na człowieka pobożnego). Sąd Boży w ujęciu Koheleta byłby zatem władzą Boga nad życiem ludzkim, rozciągającą się nad wszystkim bez żadnego wyjątku i ogarniającą wszystko w życiu ludzkim na ziemi. Zastosowany zatem na określenie sądu terminu mišpāṯ oznaczałby nieustannie dokonujący się sąd Boży w życiu ludzkim, polegający na władzy Boga nad życiem każdego człowieka. W świetle takiej interpretacji, Kohelet bez określania konkretnego czasu i sposobu realizowania się owego sądu, uczył, o sądzie, poprzez który wyraża się ostatecznie panowanie Boga nad życiem człowieka. W tego rodzaju refleksjach Koheleta można jednak dostrzec pewne intuicje, które zostały rozwinięte w kolejnych księgach Starego Testamentu. Mając na uwadze interpretację wiersza Koh 3,11, w którym wyrażona została idea zaszczepionego „pragnienia wieczności” w człowieku, można przyjąć, że wzmiankowany przez Koheleta sąd będzie odnosił się do życia przyszłego – życia wiecznego. Za takim spojrzeniem przemawiałaby dostrzeżona sprzeczność w dotychczas przyjmowanej przez dawny Izrael zasady retrybujcji doczesnej. W nauczaniu zatem Koheleta możemy – chociaż jeszcze w dalszym ciągu mgliście – dostrzec pewną zapowiedź sądu każdej najdrobniejszej rzeczy i każdego człowieka bez wyjątku – sądu, którego skutki wpływają na życie wieczne. W tym miejscu warto jeszcze odwołać się do refleksji autora Księgi Mądrości, który już wprost odpłatę za doczesne życie przesuwa na życie wieczne. W przypadku sprawiedliwych idea ta została wyrażona w następujący sposób: „A dusze sprawiedliwych są w ręku Boga i nie dosięgnie ich męka. Zdało się oczom głupich, że pomarli, zejście ich poczytano za nieszczęście i odejście od nas za unicestwienie, a oni trwają w pokoju. Choć nawet w ludzkim rozumieniu doznali kaźni, nadzieja ich pełna jest nieśmiertelności. Po nieznacznym skarceniu dostąpią dóbr wielkich, Bóg ich bowiem doświadczył i znalazł ich godnymi siebie. Doświadczył ich jak złoto w tyglu i przyjął ich jak całopalną ofiarę. W dzień nawiedzenia swego zajaśnieją i rozbiegną się jak iskry po ściernisku” (Mdr 3,1-7) Jak wynika z przytoczonego tekstu, śmierć sprawiedliwych – wbrew mniemaniu głupich/bezbożnych – stała się bramą do „dóbr wszelkich”. Po śmierci „dusze sprawiedliwych” znalazły się „w ręku Boga”, czyli „blisko, w obecności, w mocy i pod opieką Boga”, a to oznacza, że doznają już szczęśliwości wiecznej, której źródłem jest Bóg. Chociaż nie ma tutaj mowy o sądzie mającym miejsce tuż po śmierci (wzmiankę o tak zwanym „dniu nawiedzenia [kairós episkopḗs] należy raczej odnieść do sądu ostatecznego), można milcząco przyjąć, że jakaś jego forma dokonała się zaraz po śmierci sprawiedliwych; skutkiem tego Bożego osądu było ich wkroczenie w sferę wiecznego szczęścia. W przeciwieństwie do sprawiedliwych bezbożni po śmierci poniosą karę: „A bezbożni poniosą karę stosownie do zamysłów, bo wzgardzili sprawiedliwym i odstąpili od Pana” (Mdr 3,10). W tym przypadku musiała mieć miejsce również jakaś forma Bożego osądu. Jakkolwiek idea sądu szczegółowego nie jest obecna w Starym Testamencie, to jednak można w refleksji dawnego Izraela, utrwalonej na kartach biblijnych, dostrzec pewien rozwój myśli w tej kwestii. Pierwszym takim przejawem było uświadomienie sobie, że odpowiedzialność za czyny ponosi każdy człowiek z osobna. Pewien typ sądu szczegółowego można dostrzec w kontekście opisu pewnych władców pogańskich, szczególnie w opisie śmierci Antiocha IV Epifanesa oraz króla Baltzara, gdzie wprost jest mowa o sądzie Bożym. Ten sąd nad konkretnym człowiekiem dokonany w kontekście śmierci, chociaż nie generujący skutków na życie pośmiertne, można postrzegać jako prefiguracja (typ) nauki, która w pełni zostanie objawiona w Nowym Testamencie. Znaczące miejsce na drodze rozwoju pojmowania prawdy o sądzie Bożym i pośmiertnej odpłacie ma refleksja dawnych Mędrców Izraela. Kohelet, który dostrzegł zawodność tradycyjnej starotestamentalnej zasady o retrybucji w doczesnym życiu, przygotował grunt do dalszych refleksji, podjętych przez kolejnych autorów ksiąg natchnionych Starego Testamentu.
Cóż... Dawno mnie tu nie było, złożyło się na to trochę różnych czynników, ale postaram się teraz trochę to nadrobić. Skanera dalej nie mam, uczelniany mnie nie lubi (i jest daleko), więc jakość jaka jest, taka (niestety) będzie. Jednak pracuję nad tym i może coś mi się uda osiągnąć. Kiedyś. W przyszłości. A na razie tym, którzy mają już wakacje życzę dobrej zabawy, a tym, którzy (tak jak ja) muszą jeszcze trochę poczekać, życzę cierpliwości :)
każdy ma to na co zasłużył